Polska poezja w sieci

Serwis polska-poezja.pl jest finansowany ze środków Fundacji im. Maurycego Mochnackiego

Mecenas portalu Polska-poezja.pl

Facebook ikona Youtube ikona

 

Polska poezja na naszej stronie i w serwisie Youtube czytana przez najlepszych polskich aktorów

Adam Mickiewicz - Pan Tadeusz, Księga druga, Zamek (Ostatni z dworzan opowiada historię ostatniego z...)

 

Kiedy tak za szarakiem goniono, tymczasem

Ukazał się pan Hrabia pod zamkowym lasem.

Wiedziano w okolicy, że ten pan nie może

Nigdy nigdzie stawić się w naznaczonej porze,

I dziś zaspał poranek, więc na sługi zrzędził,

Widząc myśliwców w polu, czwałem do nich pędził;

Surdut swój angielskiego kroju, biały, długi,

Połami na wiatr puścił; z tyłu konno sługi

W kapeluszach jak grzybki, czarnych, lśniących, małych,

W kurtkach, w butach stryflastych, w pantalonach białych;

Sługi, które pan Hrabia tym kształtem odzieje,

Nazywają się w jego pałacu dżokeje.

Czwałująca czereda zleciała na błonia,

Gdy Hrabia ujrzał zamek i zatrzymał konia.

Pierwszy raz widział zamek z rana i nie wierzył,

Że to były też same mury, tak odświeżył

I upięknił poranek zarysy budowy;

Zadziwił się pan Hrabia na widok tak nowy.

 

(…)

 

Hrabia lubił widoki niezwykłe i nowe,

Zwał je romansowymi; mawiał, że ma głowę

Romansową: w istocie był wielkim dziwakiem.

Nieraz pędząc za lisem albo za szarakiem,

Nagle stawał i w niebo poglądał żałośnie

Jak kot, gdy ujrzy wróble na wysokiej sośnie;

Często bez psa, bez strzelby błąkał się po gaju

Jak rekrut zbiegły; często siadał przy ruczaju

Nieruchomy, schyliwszy głowę nad potokiem,

Jak czapla wszystkie ryby chcąca pozrzeć okiem.

Takie były Hrabiego dziwne obyczaje;

Wszyscy mówili, że mu czegoś niedostaje.

Szanowano go przecież, bo pan z prapradziadów,

Bogacz, dobry dla chłopów, ludzki dla sąsiadów,

Nawet dla Żydów.

 

Hrabski koń, zwrócony z drogi,

Prosto kłusował polem aż pod zamku progi.

Hrabia samotny wzdychał, poglądał na mury,

Wyjął papier, ołówek i kreślił figury.

Wtem, spójrzawszy w bok, ujrzał o dwadzieście kroków

Człowieka, który, równie miłośnik widoków,

Z głową zadartą, ręce włożywszy w kieszenie,

Zdawało się, że liczył oczyma kamienie.

Poznał go zaraz, ale musiał kilka razy

Krzyknąć, nim głos Hrabiego usłyszał Gerwazy.

 

(…)

 

Skoro ujrzał Hrabiego, czapkę z głowy schwycił

I krewnego swych panów ukłonem zaszczycił,

Chyląc łysinę wielką, świecącą z daleka

I naciętą od licznych kordów jak nasieka;

Gładził ją ręką, podszedł i jeszcze raz nisko

Skłoniwszy się, rzekł smutnie: «Mopanku, Panisko,

Daruj mi, że tak mówię, Jaśnie Grafie Panie,

To jest mój zwyczaj, nie zaś nieuszanowanie:

„Mopanku” powiadali wszyscy Horeszkowie,

Ostatni Stolnik, pan mój, miał takie przysłowie.

Czyż to prawda, Mopanku, że Pan grosza skąpisz

Na proces i ten zamek Soplicom ustąpisz?

Nie wierzyłem, lecz w całym powiecie tak słychać».

Tu, poglądając w zamek, nie przestawał wzdychać.

 

«Cóż dziwnego, rzekł Hrabia, koszt wielki, a nuda

Jeszcze większa; chcę skończyć, lecz szlachcic maruda

Upiera się; przewidział, że mię znudzić może:

Dłużej też nie wytrzymam i dzisiaj broń złożę,

Przyjmę warunki zgody, jakie mi sąd poda».

«Zgody? krzyknął Gerwazy, z Soplicami zgoda?

Z Soplicami, Mopanku?» To mówiąc wykrzywił

Usta, jakby nad własną mową się zadziwił.

«Zgoda i Soplicowie! Mopanku, Panisko,

Pan żartuje, co? Zamek, Horeszków siedlisko,

Ma pójść w ręce Sopliców? niech Pan tylko raczy

Zsiąść z konia, pódźmy w zamek, niech no Pan obaczy,

Pan sam nie wie, co robi; niech się Pan nie wzbrania,

Zsiadaj Pan!» – i przytrzymał strzemię do zsiadania.

 

Weszli w zamek; Gerwazy stanął w progu sieni:

«Tu, rzekł, dawni panowie, dworem otoczeni,

Często siadali w krzesłach w poobiedniej porze.

Pan godził spory włościan; lub w dobrym humorze

Gościom różne ciekawe historyje prawił

Albo ich powieściami i żarty się bawił,

A młodzież na dziedzińcu biła się w palcaty

Lub ujeżdżała pańskie tureckie bachmaty».

 

Weszli w sień. – Rzekł Gerwazy: «W tej ogromnej sieni

Brukowanej nie znajdziesz Pan tyle kamieni,

Ile tu pękło beczek wina w dobrych czasach;

Szlachta ciągnęła kufy z piwnicy na pasach,

Sproszona na sejm albo sejmik powiatowy,

Albo na imieniny pańskie lub na łowy.

Podczas uczty na chorze tym kapela stała

I w organ, i w rozliczne instrumenty grała;

A gdy wnoszono zdrowie, trąby jak w dniu sądnym

Grzmiały z choru; wiwaty szły ciągiem porządnym:

Pierwszy wiwat za zdrowie Króla Jegomości,

Potem prymasa, potem Królowej Jejmości,

Potem szlachty i całej Rzeczypospolitej;

A na koniec, po piątej szklenicy wypitej,

Wnoszono: „Kochajmy się!” wiwat bez przestanku,

Który dniem okrzykniony brzmiał aż do poranku;

A już gotowe stały cugi i podwody,

Aby każdego odwieźć do jego gospody».

 

Przeszli już kilka komnat; Gerwazy w milczeniu

Tu wzrok na ścianie wstrzymał, ówdzie na sklepieniu,

Przywołując pamiątkę tu smutną, tam miłą;

Czasem, jakby chciał mówić: «Wszystko się skończyło»,

Kiwnął żałośnie głową; czasem machnął ręką.

Widać, że mu wspomnienie samo było męką

I że je chciał odpędzić; aż się zatrzymali

Na górze, w wielkiej, niegdyś zwierciadlanej sali;

Dziś wydartych zwierciadeł stały puste ramy,

Okna bez szyb, z krużgankiem wprost naprzeciw bramy.

Tu wszedłszy, starzec głowę zadumaną skłonił

I twarz zakrył rękami, a gdy ją odsłonił,

Miała wyraz żałości wielkiej i rozpaczy.

Hrabia, chociaż nie wiedział, co to wszystko znaczy,

Poglądając w twarz starca, czuł jakieś wzruszenie,

Rękę mu ścisnął; chwilę trwało to milczenie,

Przerwał je starzec, trzęsąc wzniesioną prawicą:

«Nie masz zgody, Mopanku, pomiędzy Soplicą

I krwią Horeszków; w Panu krew Horeszków płynie,

Jesteś krewnym Stolnika po matce Łowczynie,

Która się rodzi z drugiej córki Kasztelana,

Który był, jak wiadomo, wujem mego Pana.

Słuchaj Pan historyi swej własnej rodzinnej,

Która się stała właśnie w tej izbie, nie innej.

 

Nieboszczyk pan mój Stolnik, pierwszy pan w powiecie,

Bogacz i familijant, miał jedyne dziecię,

Córkę piękną jak anioł; więc się zalecało

Stolnikównie i szlachty, i paniąt niemało.

Między szlachtą był jeden wielki paliwoda,

Kłótnik, Jacek Soplica, zwany Wojewoda

Przez żart; w istocie wiele znaczył w województwie,

Bo rodzinę Sopliców miał jakby w dowództwie

I trzystu ich kreskami rządził wedle woli,

Choć sam nic nie posiadał prócz kawałka roli,

Szabli i wielkich wąsów od ucha do ucha.

Owoż pan Stolnik nieraz wzywał tego zucha,

I ugaszczał w pałacu, zwłaszcza w czas sejmików,

Popularny dla jego krewnych i stronników.

Wąsal tak wzbił się w dumę łaskawym przyjęciem,

Że mu się uroiło zostać Pańskim zięciem.

Do zamku nieproszony coraz częściej jeździł,

W końcu u nas jak w swoim domu się zagnieździł

I już miał się oświadczać, lecz pomiarkowano

I czarną mu polewkę do stołu podano.

Podobno Stolnikownie wpadł Soplica w oko,

Ale przed rodzicami taiła głęboko.

 

Było to za Kościuszki czasów; Pan popierał

Prawo Trzeciego Maja i już szlachtę zbierał,

Aby konfederatom ciągnąć ku pomocy,

Gdy nagle Moskwa zamek opasała w nocy:

Ledwie był czas z możdzerza na trwogę wypalić,

Podwoje dolne zamknąć i ryglem zawalić.

W zamku całym był tylko pan Stolnik, ja, Pani,

Kuchmistrz i dwóch kuchcików, wszyscy trzej pijani,

Proboszcz, lokaj, hajducy czterej, ludzie śmiali;

Więc za strzelby, do okien; aż tu tłum Moskali

Krzycząc: „ura!” od bramy wali po tarasie;

My im ze strzelb dziesięciu palnęli: „a zasie!”

Nic tam nie było widać; słudzy bez ustanku

Strzelali z dolnych pięter, a ja i Pan z ganku.

Wszystko szło pięknym ładem, choć w tak wielkiej trwodze:

Dwadzieście strzelb leżało tu, na tej podłodze;

Wystrzeliliśmy jedną, podawano drugą,

Ksiądz proboszcz zatrudniał się czynnie tą usługą

I Pani, i Panienka, i nadworne panny;

Trzech było strzelców, a szedł ogień nieustanny;

Grad kul sypały z dołu moskiewskie piechury,

My z rzadka, ale celniej dogrzewali z góry.

Trzy razy aż pode drzwi to chłopstwo się wparło,

Ale za każdym razem trzech nogi zadarło,

Więc uciekli pod lamus; a już był poranek.

Pan Stolnik wesoł wyszedł ze strzelbą na ganek

I skoro spod lamusa Moskal łeb wychylił,

On dawał zaraz ognia, a nigdy nie mylił,

Za każdym razem czarny kaszkiet w trawę padał

I już się rzadko który zza ściany wykradał.

Stolnik, widząc strwożone swe nieprzyjaciele,

Myślił zrobić wycieczkę, porwał karabelę

I z ganku krzycząc sługom wydawał rozkazy;

Obróciwszy się do mnie, rzekł: „Za mną, Gerwazy!”

Wtem strzelono spod bramy, Stolnik się zająknął,

Zaczerwienił się, zbladnął, chciał mówić, krwią chrząknął;

Postrzegłem wtenczas kulę, wpadła w piersi same.

Pan, słaniając się, palcem ukazał na bramę.

Poznałem tego łotra Soplicę! poznałem!

Po wzroście i po wąsach! Jego to postrzałem

Zginął Stolnik, widziałem! łotr jeszcze do góry

Wzniesioną trzymał strzelbę, jeszcze dym szedł z rury!

Wziąłem go na cel, zbójca stał jak skamieniały!

Dwa razy dałem ognia, i oba wystrzały

Chybiły; czym ze złości, czy z żalu źle mierzył.

Usłyszałem wrzask kobiet, spójrzałem – Pan nie żył».

 

Tu Gerwazy umilknął i łzami się zalał,

Potem rzekł kończąc: «Moskal już wrota wywalał;

Bo po śmierci Stolnika stałem bezprzytomnie

I nie widziałem, co się działo wokoło mnie;

Szczęściem, na odsiecz przyszedł nam Parafianowicz,

Przywiodłszy Mickiewiczów dwiestu z Horbatowicz,

Którzy są szlachta liczna i dzielna, człek w człeka,

A nienawidzą rodu Sopliców od wieka.

 

Tak zginął pan potężny, pobożny i prawy,

Który miał w domu krzesła, wstęgi i buławy,

Ojciec włościan, brat szlachty; i nie miał po sobie

Syna, który by zemstę poprzysiągł na grobie!

Ale miał sługi wierne; ja w krew jego rany

Obmoczyłem mój rapier, Scyzorykiem zwany

(Zapewne Pan o moim słyszał Scyzoryku,

Sławnym na każdym sejmie, targu i sejmiku),

Przysiągłem wyszczerbić go na Sopliców karkach,

Ścigałem ich na sejmach, zajazdach, jarmarkach;

Dwóch zarąbałem w kłótni, dwóch na pojedynku;

Jednego podpaliłem w drewnianym budynku,

Kiedyśmy zajeżdżali z Rymszą Korelicze,

Upiekł się tam jak piskorz; a tych nie policzę,

Którym uszy obciąłem. Jeden tylko został,

Który dotąd ode mnie pamiątki nie dostał!

Rodzoniutki braciszek owego wąsala,

Żyje dotąd i z swoich bogactw się przechwala,

Zamku Horeszków tyka swych kopców krawędzią,

Szanowany w powiecie, ma urząd, jest sędzią!

I Pan mu zamek oddasz? niecne jego nogi

Mają krew Pana mego zetrzeć z tej podłogi?

O nie! póki Gerwazy ma choć za grosz duszy

I tyle sił, że jednym małym palcem ruszy

Scyzoryk swój, wiszący dotychczas na ścianie,

Póty Soplica tego zamku nie dostanie!»

 

«O! krzyknął Hrabia, ręce podnosząc do góry;

Dobre miałem przeczucie, żem lubił te mury!

Choć nie wiedziałem, że w nich taki skarb się mieści,

Tyle scen dramatycznych i tyle powieści!

Skoro zamek mych przodków Soplicom zagrabię,

Ciebie osadzę w murach jak mego burgrabię;

Twoja powieść, Gerwazy, zajęła mię mocno.

Szkoda, żeś mię nie przywiódł tu w godzinę nocną;

Udrapowany płaszczem siadłbym na ruinach,

A ty byś mi o krwawych rozpowiadał czynach;

Szkoda, że masz niewielki dar opowiadania!

Nieraz takie słyszałem i czytam podania;

W Angliji i w Szkocyi każdy zamek lordów,

W Niemczech każdy dwór grafów był teatrem mordów!

W każdej dawnej, szlachetnej, potężnej rodzinie

Jest wieść o jakimś krwawym lub zdradzieckim czynie,

Po którym zemsta spływa na dziedziców w spadku:

W Polszcze pierwszy raz słyszę o takim wypadku.

Czuję, że we mnie mężnych krew Horeszków płynie!

Wiem, co winienem sławie i mojej rodzinie.

Tak! muszę zerwać wszelkie z Soplicą układy,

Choćby do pistoletów przyszło lub do szpady!

Honor każe». Rzekł, ruszył uroczystym krokiem,

A Gerwazy szedł z tyłu w milczeniu głębokiem.

Przed bramą stanął Hrabia, sam do siebie gadał,

Poglądając na zamek, prędko na koń wsiadał,

Tak samotną rozmowę kończąc roztargniony:

«Szkoda, że ten Soplica stary nie ma żony!

Lub córki pięknej, której ubóstwiałbym wdzięki!

Kochając i nie mogąc otrzymać jej ręki,

Nowa by się w powieści zrobiła zawiłość:

Tu serce, tam powinność! tu zemsta, tam miłość!»

Aktualności

Spowiedź Jacka Soplicy w naszym serwisie

Miło nam przedstawić Państwu zdecydowanie najdłuższe z naszych dotychczasowych nagrań –fragmenty spowiedzi Jacka Soplicy z dziesiątej księgi „Pana Tadeusza” w interpretacji Włodzimierza Nurkowskiego! Zapraszamy na półgodzinną podróż do Soplicowa! Na...

więcej...

"Fortepian Chopina" w naszej Audiotece

170. lat temu odszedł Fryderyk Chopin – genialny kompozytor i pianista. Dlatego też dzisiaj przypominamy Państwu słynny poemat Cypriana Kamila Norwida – „Fortepian Chopina” w interpretacji Włodzimierza Nurkowskiego.Nagranie można znaleźć pod adresem:...

więcej...

18. rocznica śmierci Janusza Szpotańskiego

Wczoraj minęła 18. rocznica śmierci Janusza Szpotańskiego, poety, satyryka, krytyka i teoretyka literatury; autora prześmiewczych poematów komicznych, w których z wdziękiem szydził z PRL-owskiej rzeczywistości i prominentnych działaczy PZPR. W 1951 r...

więcej...

Wiersze Tadeusza Różewicza w naszej Audiotece!

Z okazji rocznicy urodzin Tadeusza Różewicza, jednego z najbardziej znanych poetów współczesnych, przypominamy pięć jego wierszy, które nagraliśmy w ramach naszej Audioteki: „Drzewo” w interpretacji Włodzimierza Nurkowskiego https://bit.ly/2nvXhnM...

więcej...

Kontakt

Email: fundacja@mochnacki.org

Adres korespondencyjny:
Fundacja im. Maurycego Mochnackiego
ul. Dunajewskiego 6, 31-133 Kraków, tel: 12 422 13 75

O Portalu

Portal polska-poezja.pl jest realizowany przez Fundację imienia Maurycego Mochnackiego. Celem projektu jest przypomnienie wybitnych tekstów poetyckich...
więcej...

Copyrigth © polska-pozja.pl 2015, projekt i wykonanie Studio graficzne Kraków